Bandini, podróż przez włoską muzykę: „Ale nigdy nie ma punktu docelowego”.

Czteroosobowy skład na wyjątkowy wieczór muzyczny – wydarzenie, którego nie można przegapić. Jutro o 18:00 w Potenza Picena wystąpi niezwykły zespół, w którego skład wejdą Ellade Bandini, jeden z najwybitniejszych włoskich perkusistów, wokalistka Emilia Zamuner, basista Massimo Moriconi i pianista Ettore Carucci, którzy zabiorą publiczność w emocjonalną podróż przez włoskie pieśni. Wieczór uświetni dodatkowo występ rysownika Mauro Cicarè, który przedstawi wizualną i narracyjną perspektywę muzycznego świata. Podczas wydarzenia zostanie zaprezentowany pełny program dziesiątej edycji Festiwalu Mugellini.
Bandini, co było inspiracją do tego występu na żywo?
Słuchaliśmy programu telewizyjnego Milleluci, w którym „wielkie” Mina i Raffaella Carrà wykonywały pozornie proste piosenki. Weźmy „Tuca Tuca”, która ma niezwykły swing, a potem „Parole Parole” lub „Rumore”, które wykonamy na swój własny, ale bardzo rozpoznawalny sposób.
Od Gucciniego do De André, Paolo Conte i Miny: ale jak daleko zaszedł, zanim osiągnął szczyt reprezentowany przez tych artystów?
„Szczyt jest jeszcze daleko, bo mety nigdy nie ma. Miałem przyjemność współpracować z wieloma wspaniałymi artystami, ale też wielu odmówiłem, bo lubię podróżować, mieć pewną swobodę i nie być przywiązanym do jednego projektu. Uwielbiam też rozwijać to, co kocham”.
Kto był najbardziej wymagający?
„De André był bardzo spokojny w studiu nagraniowym, ale na żywo było inaczej, bo czuł, że nie może zawieść publiczności. Guccini mu ufał, Mina mawiał, żeby grać porządnie, bo twoje nazwisko jest na płycie, Paolo Conte był przywiązany do tradycji. Trzeba rozpoznawać nawiązania muzyków, a ja zawsze starałem się łączyć różne style”.
Które z występów na żywo najbardziej utkwiło Ci w pamięci?
Myślę o „Fra la via Emilia e il West” Gucciniego, który teraz prezentujemy w ramach „I Musici”, projektu teatralnego inspirowanego występem na żywo sprzed 41 lat. Potem były te z 1998 roku z De André i Conte, gdzie błędy nie są tolerowane, ale wszystko musi być perfekcyjne, bo ci, którzy płacą za bilet, mają prawo posłuchać perfekcyjnego koncertu. W studiu nagraniowym sprawy wyglądają inaczej; eksperymentujesz, zmieniasz, aż stworzysz coś, co jest jak najbliższe temu, czego chce artysta.
Jakie było twoje zaplecze treningowe, które pozwoliło ci grać na tak wysokim poziomie?
„Jestem w zasadzie samoukiem, choć przeszedłem pewne szkolenie. Muzyka towarzyska była moim prawdziwym poligonem doświadczalnym, ponieważ uważam, że metoda to więzienie. Wielu muzyków uczy się grać według własnych preferencji, podczas gdy najważniejsze jest odkrywanie różnych gatunków, słuchanie ich i granie na swój własny sposób. Kiedy grasz, musisz robić to po swojemu, mieć rozpoznawalne brzmienie, inaczej wszyscy będą tacy sami”.
İl Resto Del Carlino